Pierwsze moje spotkanie z Iranem, a wlasciwie z jego polska emanacja pod postacia ambasady mialo miejsce, gdy w koncu doczekalismy sie na pozwolenie z teheranskiego ministerstwa, zeby nam widali wize. Do dzis nie wiem, jakie to wlasciwie bylo ministerstwo, ale wyglada na to, ze juz samo slowo na "M" otwiera wiele drzwi. Zanim przyszlo nasze pozwolenie, probowalam sie do ambasady / wydzialu konsularnego przez kilka dni bezskutecznie dodzwonic.
Ambasada miesci sie na cichej uliczce Saskiej Kepy, w jej srodku panuje rozgardiasz, ktory ukrywany jest pod pozorami remontu. Moj zolty plaszcz i glosny smiech (nerwowy) kolidowaly z zakurzona atmosfera biurowosci. Osoba odpowiedzialna za wydawanie wiz byla akurat na urloie, wiec formularze i zdjecia przyjela od nas jej kolezanka - w przepisowej chustce na glowie i tunice z dlugim rekawem zapietej pod szyje. Zeby tylko przypadkiem jakiegos bezbronnego mezczyzny na pokuszenie nie wystawic. Kazala dzwonic w poniedzialek , ale nie miedzy 14 a 15, bo wtedy wydawane sa wizy "tak jak dzis" - powiedziala, choc oprocz nas - dopiero starajacych sie o wize - w konsulacie nie bylo innych petentow. Faktycznie, kolezanka wrocila w poniedzialek i gdy w koncu udalo sie do niej dodzwonic, od razu zaznaczyla, ze ma duzo paszportow do owizowania i nie wie, kiedy sie naszymi zajmie. Udalo mi sie ja przekonac, zeby to byla sroda. Duzo paszportow do owizowania - to musialo oznaczac, ze wycieczka organizowana przez LogosTour, ktora pierwotnie natchnela nas na Iran musiala dojsc do skutku. I slusznie. Polska grupe udajaca sie do Iranu rozpoznalam zaraz na lotnisku, jak panie zaczely wyjmowac z walizek plaszcze i tuniki 'byle za tylek'. I Allach mial nas w swojej opiece, ze nie zdecydowalismy sie z tym LogosTourem jechac. W samolocie od razu zaczela sie klasyczna gadka polskich obiezyswiatow - kto gdzie i kiedy z jakim biurem byl i co mu sie przydarzylo. Doswiadczenie wskazuje, ze kolejnym tematem beda przebyte schorzenia i dolegliwosci gastryczne. Musze jednak przyznac, ze obecnosc rodakow dodala mi troche otuchy, lecialam sama i troche sie balam, jak potraktuja nas na lotnisku, czy nie bedzie problemow z wjazdem, czy nie bedzie problemem, ze jade sama, ze moze nie jestem wlasciwie ubrana. Czesciowo przyczyna mojego dyskomfortu byly historie i straszenie przed Iranem, ktorego pelne sa nasze media, a ktore jak na razie wydaje sie zupelnie nie miec podstaw.
Na lotnisku w Wiedniu, po tym, jak nieomal umarlam z nudow, bo najpierw wypilam piwo - nastepne dopiero po powrocie - w Iranie zakaz jakiegokolwiek alkoholu , a potem nie mialam co robic, bo nie bylo nawet gdzie usciasc, przebralam sie w swoj iranski kostium. Kapitalistyczne jeansy, ucielesnienie amerykanskiego zla, tak samo, jak tunika - z Gapa. I czarna chustka - wygladalaby prawie jak arafatka, gdyby nie byla cala czarna. Jest wielka i moge sie nia prawie cala omotac. No i w takim stroju dwa razy wzieli mnie za Iranke. Najpierw pani na lotnisku macala moja chustke, szukajac w niej najpewniej ukrytego AK47, a potem jakas zakwefiona pani zaczela do mnie mowic w farsi, najpewniej sadzac, ze jestem jej zagubiona kuzynka. W miedzyczasie pracujacy na lotnisku austriacki Chinczyk pytal brodatego Iranczyka wygladajacego nieomal jak sam Khomeini, gdzie dokladnie jest Teheran. Myslalam, ze jak ma byc dokladnie, to chce znac co najmniej dlugosc i szerokosc geograficzna, a on po prostu chcial wiedziec, w jakim kraju. W samolocie ostatnie winko. Ladujemy...