W kompanii


Advertisement
China's flag
Asia » China » Yunnan » Shangri-La
November 28th 2011
Published: November 29th 2011EDIT THIS ENTRY

Total Distance: 0 miles / 0 kmMouse: 0,0


This content requires Flash
To view this content, JavaScript must be enabled, and you need the latest version of the Adobe Flash Player.
Download the free Flash Player now!
 Video Playlist:

1: wielki skok 15 secs
Shangrila. Robie tu sobie dluzszy odpoczynek – pelne 7 dni i nocy. Za dnia pije kawe, wygrzewam sie w ostrym sloncu, jezdze rowerem albo laze bez celu po uliczkach, nocami zas zagrzebuje sie w poscieli, bo jest wsciekle zimno, a w pokoju nie ma ogrzewania. Znaczy sie jest- podgrzewany materac w wyrku. Kilka dni temu Tom, Piter, Jacek i Edyta polecieli sobie stad do Guangzhou, a dalej juz do domu. Kwestie koziego sera, kiszoncow i chleba pomine milczeniem, niech pozostanie ona domena ich sumienia... ;-) Jesli kogos z nich ruszy – moze jeszcze przysla paczke?

Z Tomem i Piterem spotkalismy sie 14 listopada w Guilin. Wyszli z dworca kolejowego zaraz po tym, jak przeszedl policjant z psem podpisanym na kubraczku: POLICE DOG. (nie, zaden wilczur, zwykly ciapek). Wykupilismy transport do Yangshuo – autobusem, potem tratwa, potem znow na kolach. Tratwa miala jakies przystanki pomiedzy tymi uroczymi pagorami, na jakims chcialo mnie zadziobac ptaszysko, z ktorym pozowalem do zdjecia... nie pamietam zbyt dobrze. W Yangshuo dalismy sie namowic na nastepny platny odcinek, pokazano nam wodne woly, kmienny most i kormorany....no niech bedzie- kaczki - Piter tak sie upieral – wytresowane do lowienia ryb. Znaczy sie- gardla mialy zawiazane sznurkiem, zeby nie polykaly, tylko przynosily nazad do lodki. Najciekawsza atrakcja byl most kamienny jednak, turysci moga z niego skakac. Przewodnik tylko to oznajmil, chcialem natychmiast, ale jakis lysy Niemiec wyprzedzil mnie – znaczy sie rozdzial sie, siadl na barierce... i zaczal biadolic – ze zbyt wysoko, woda nie dosc czysta i gleboka, a tak w ogole- to on ma trojke dzieci i nie powinien glupich rzeczy robic. No wiec speszyl mnie i skoczylem dopiero pozniej, kiedy zrobilo sie ciemno – no i na filmie malo widac jest.

Yangshuo jest dziwne- tak bardzo turystycznego i zwesternizowanego miasta nigdzie nie widzialem jeszcze. Mnostwo bialych. Masa naganiaczy krzyczacych „Hello! Hello!!”, niektorzy sa nawet tak optymistycznie nastawieni, ze potrafia naklaniac do zakupu pocztowek czy czego tam jeszcze z poziomu ulicy, kiedy turysta pije drinka na balkonie. Juz widze Pitera, jak entuzjastycznie zbiega tam do nich z pieniedzmi... Masa knajp, sklepikow, drozyzna raczej. Dobra strona tej szopki dla turystow byla knajpa z mini-browarem, po prawdzie jedyne do tej pory naprawde dobre piwo warzone w Chinach, jakie udalo mi sie znalezc. Spedzilismy w Yangshuo w sumie 3 noce. Pierwszego dnia chcialo nam sie nawet jeszcze wsiasc na rowery i przejechac po okolicy, potem bylo juz mniej ambitnie, a to chyba glownie za sprawa poznanych na ulicy osmiu studentek kierunku „business English” z jakiejs uczelni w Changsha. Od samego poczatku wprost kipialy entuzjazmem, a kiedy zgodzilismy sie dac im sie zaprosic na wspolne grillowanie nad rzeka, zaczely piszczec. Tomowi doslownie wlazily na glowe. Piter nieomal zatrudnil osobista sekretarke, zgodzil juz nawet wynagrodzenie w wysokosci 3000 juanow miesiecznie. Ja tylko musialem pozostac, z oczywistych wzgledow, o wiele bardziej powsciagliwy. Dalem sie sklonic tylko do przeprowadzenia eksperymentu fizycznego – ile drobnych Chinek trzeba do podniesienia w powietrze 110-kilowego bezwladnego grubasa lezacego na zielonej lace? Okazuje sie, ze 4, ledwo-ledwo, ale wystarczaja. Bylbyz to pomysl na biznes? Sciagnac te laski do Miedzyzdrojow i ustawic przy grillikach w chinskim stylu, mieso, grzyby, ryby i warzywa na patyczkach... piekny biznes...? Sanepid, ZUS , US, Inspekcja Pracy czy inne Gestapo naslane przez konkurencyjnych kebabiarzy na drugi dzien – to juz predzej.

Kiedy wyjezdzalismy, odprowadzily nas na dworzec, obdarowaly pocztowkami z wyznaniami szczerej milosci, zaspiewaly piosenke, twierdzily nawet ze dostarczylismy im najpiekniejszych wrazen w zyciu... no coz, mlode sa, choc moze nie az tak bardzo, jak by ze zdjec mozna bylo wnioskowac. Chlopakow obdarowaly tez mokrymi buziakami, Tom przynajmniej tak twierdzi. Nie zniechecilo ich nawet to, ze przejelismy od Chinczykow zwyczaj charchania i plucia, Piter staral sie najbardziej, mial tylko problemy z celnoscia, bo zeby upodobal sobie jakos specjalnie walizke Toma, to nie do wiary raczej.

Z Yangshuo do Dali, gdzie mielismy 3 dni pozniej spotkac Jacka i Edyte, jest dobre 1600km, wszystko do pokonania autobusami. Pierwszy odcinek- do Guilin – latwizna. W Guilin po dluzszych negocjacjach kupilismy bilety do Guiyang, ale i tak raczej drogo wyszlo. Zjedlismy obiad w restauracji, ktora sprzedawala rowniez zywe ryby; zjawil sie petent, wybral jedna, na co sprzedawca zgrabnie wyciagnal ja z wody gola dlonia, po czym ciepnal ze sporym impetem o chodnik, zapakowal, zwazyl i z usmiechem podal. Potem piechotka na dworzec autobusowy, na skroty przez blokowisko, gdzie rzucily sie w oczy rzedy „zakladow fryzjerskich”, z ktorych machaly do nas panienki o uponczoszonych nogach. Prostytucja jest teoretycznie zabroniona, ale to przeciez tylko zaklady fryzjerskie! Ide o zaklad, ze ostrzyc tez by potrafily.

Autobus z Guilin do Guiyang... sypialny – znaczy sie zamiast siedzen, wyposazony w trzy rzedy pietrowych ciasnych pryczy, obowiazkowe zdejmowanie butow. Spedzilismy w nim 14 godzin, najbardziej dolujacy moment zdarzyl sie jakos po polnocy, kiedy to najpierw zaczal jechac z minimalna predkoscia po ekstremalnych wybojach, a potem zatrzymal sie i stal w korku, dwie czy trzy godziny. Korek ciezarowek zreszta ciagnal sie w obydwie strony. Co to bylo- nie mam pojecia, szczesciem udalo mi sie to przespac. Guiyang to stolica najbiedniejszej prowincji Chin. Ludzie w autobusie zdecydowanie ubozsi od chinkich turystow widzianych w Yangshuo – ubrania jak z pomocy dla powodzian, ciagle charchanie. Ale tylko jeden mial prawdziwie capiace skarpety, ten trafil sie Piterowi przy zaglowku. W koncu, chyba ze wzgledu na duze opoznienie, kierowca wyrzucil nas o 7 rano na obwodnicy Guiyangu. Ale nie zostalismy pozostawieni na lasce losu, zjawil sie jakis gosc w vanie. Najpierw wysadzil dwoch innych Chinczykow w okolicy dworca kolejowego, potem nieopatrznie powiedzialem mu, ze my chcemy dostac sie do Huangguoshu. No i gosc zrobil nas w jajo – zamiast na dworzec autobusowy, odstawil nas znow na obwodnice, w dodatku z przeciwnej strony miasta, tam przekazal innemu koledze... Poczekalismy sobie jakies dwie godziny, az gosc zlapal dla nas przelotowy autobus w kierunku na Kunming, zarobiwszy na posrednictwie przy zakupie naszych biletow. Do tej pory to jedyna wieksza skucha w negocjacjach cenowych. Ale nie zdarl jakos straszliwie- zarobil w sumie jakies 100zl, na spolke z tym pierwszym. Do Huangguoshu nie bylo jakos bardzo daleko, setka kilometrow z okladem. Za to kierowca (tlusty, zazywny i pelen majestatu) potraktowal nas z honorami – posadzil nas obok siebie i poczestowal papierosami, olewajac krzykliwe protesty pasazerow z glebi sypialnego. Nawet zjechal z autostrady i wysadzil na obrzezach miasteczka. Stamtad taksa za 5 juanow do centrum turystycznego. Miejscowa atrakcja jest park narodowy z przepieknym wodospadem (smialo moze sie toto rownac z wodospadami Wenezueli). Miejsce jednak nie zostalo jeszcze „odkryte” przez bialych, wiec nikt z miejscowych nie gada po angielsku. W koncu jednak (znow przy telefonicznej pomocy Hanki) udalo nam sie dostac do hotelu w samym sercu parku narodowego. Niezla rzecz! Rozlozony chyba na hektarze pagorow, z basenami, salami konferencyjnymi, czerwonymi dywanami, lampionami... szczyt luksusu lat 80-tych, dzis w stanie lekkiego upadku, wrazenie spotegowane jeszcze przez fakt, ze bylismy chyba jedynymi goscmi. W recepcji byl kiedys chyba nawet kantor wymiany walut, do dzis na tablicy znalezc mozna symbole marki niemieckiej i guldena holenderskiego. A moze slusznie zrobili, nie usuwajac?

Tak wiec wodospad- kilkukilometrowy spacer dookola kotliny, wlaczajac w to przejscie w jaskini skalnej za sciana wody. Na szczycie kotlinki- paskudnawe domki mieszkalne, za to widok z okna... Koniec spaceru uwienczony wjazdem na gore po najdluzszych podobno schodach ruchomych na swiecie – oczywiscie platny ekstra i chyba bez innej alternatywy niz kilkukilometrowy powrot do punktu wyjscia.

Piter wynalazl dla nas najtansze chinskie papierosy – 3 juany, czyli 1zl50gr za paczke. W smaku nie roznia sie specjalnie od marek za 10, 20, 60 czy 100 juanow (takie tez sie zdarzaja). Jesli przyjac, ze chinski rzad wie, co robi, aby zapewnic rownowage swojego budzetu – a to mozna zwykle robic bez obawy, to od razu trzeba zauwazyc, ze klamliwe jest uzasadnienie wysokiej akcyzy na papierosy – jakoby leczenie palaczy kosztowalo mase panstwowych pieniedzy. Chinczycy wiedza, co robia: palacz umiera o kilkanascie lat wczesniej, mniej wiecej wtedy, kiedy przestaje byc wydajnym pracownikiem. Skad oni w ogole maja pieniadze w budzecie ;-)? Benzyna kosztuje 3zl50gr, nie ma PITu (przynajmniej dla szarych obywateli), ZUSu, VAT...

Nastepnego poranka czekalo nas ambitne zadanie dostania sie do Kunming – ambitne, bo z Huangguoshu nie ma zadnych autobusow. Wzielismy (oczywiscie po negocjacjach) taksowke do bramek autostradowych, stamtad na gore po slimaku – i dalejze machac na autobusy. W ciagu 20 minut zatrzymaly sie 3, z ktorych ostatni jechal do Kunming wlasnie. Nie wiadomo nawet, czy rzeczywiscie pomogl nam duzy napis wykonany dlugopisem na kartce.

Do Kunming dojechalismy o zmierzchu, znow wysadzono nas na dalekich przedmiesciach, w jakims nieoswietlonym miejscu. Rzucili sie na nas dosc napastliwi naganiacze taksowkowi, a mysmy w dodatku niespecjalnie wiedzieli, dokad wlasciwie chcemy sie dostac. Padlo na dworzec kolejowy, bo potrafie to powiedziec po chinsku. Chcieli 60 juanow, ale znegocjowalismy twardo do 40. Niezla cena, bo bylo to dobre 10km jazdy. Zarezerwowalem najtanszy hotel-obdartus w okolicy dworca – i znow bylo smiesznie. Pajac w czerwonym mundurze boya hotelowego zaprowadzil nas do pokoju, pogwizdujac i mruczac cos pod nosem, czesciowo po angielsku, ale raczej bez ladu i skladu. Otworzyl drzwi – i w tym byla najwieksza zagadka – jak on to wlasciwie zrobil. Probowalismy setki razy wsuwac karte pod roznymi katami, z rozna predkoscia, dociskajac w rozne strony – i nigdy nic. Zawsze trzeba bylo wolac pajaca, a ten otwieral bez problemu i z usmiechem pelnym wyzszosci- ta sama karta oczywiscie. Chlopaki mowili cos o jakiejs postaci z filmu Tarantino, ze idealnie taki sam. Rano wymienilismy kupony sniadaniowe na jajka na twardo po kursie 1:1, taksa na dworzec, sniadanie zaprawione miejscowym rumem z kola i autobus do Dali, ostatnie 300km. Temu rumowi nalezy sie kilka slow- smakuje calkiem niezle, cos jak zmieszanie czarnego Kapitana Morgana z Jagermajstrem, w wiekszych ilosciach dziala jednak nieludzko i wywoluje zgage. (jesli ktos nie wie, co to jest nieludzkie dzialanie napitku, niech koniecznie przeczyta Moskwe-Pietuszki).

W Dali probowalismy szczescia z komunikacja miejska, ale w koncu i tak trzeba bylo wziac takse na te ostatnie 10km. Z Edyta i Jackiem spotkalismy sie w hotelu, zarezerwowanym uprzednio przez ctrip. Zdaje sie, ze moje konsekwentne pisanie krotkich recenzji ze wszystkich hoteli rezerwowanych przez te strone zaczelo przynosic niespodziewany efekt w postaci upgradeow - w Dali dostalismy 3 niesamowicie wypasione pokoje, kazdy o powierzchni 40 albo 50 m2, ze starymi meblami, wielkimi lazienkami, indywidualnymi routerami wifi etc. Nie zwiedzalismy zbyt ambitnie, po prostu wtopilismy sie w miejscowe Krupowki – trzeba bylo odpowiednio uczcic, bylo nie bylo, spotkanie na drugim koncu swiata. Tom dal sie namowic na uslugi miejscowego szewca ulicznego, z poczatku reklamowanego jako zwykly czyscibut. Ale z pastowania i woskowania zrobilo sie potem przeszycie dratwa, podklejenie i dorobienie brakujacych fragmentow wytartej podeszwy. Bylismy pod takim wrazeniem spotkania uczciwego rzemieslnika, ze zgodzilismy sie na taka cene, jakiej zazadal za godzine roboty.Tom zreszta niedlugo cieszyl sie blyskiem odnowionych butow... Udalo sie znalezc piwo z Laosu, a nawet jakies turystki z Polski (Popatrz jakie grube i brzydkie! Z pewnoscia Skandynawki. – Czesc!) ... wieczorny autobus zabral nas do Lijiang, gdzie bylo juz naprawde zimno.

Nastepny dzien to wycieczka do Tiger Leaping Gorge. Piter o tej 7 rano byl nie do dobudzenia, wiec pojechalismy we czworke. Stary Chinczyk z hotelu zaprowadzil nas na postoj busikow, wynegocjowal niezla cene i ruszylismy – najpierw dwie i pol godziny po drogach w budowie. Cale szczescie ze nasz busik prowadzila kobitka, mialo sie dzieki temu sporo mniej wrazen na serpentynach. Potem przesiadka do busika innej kobitki i jazda nad kanion, ktory konkuruje z Grand Kanionem jesli idzie o glebokosc, jest jednak bardzo waski. Jedzie sie szosa wykuta w skale w polowie glebokosci kanionu, brak barierek poteguje wrazenia. Zatrzymalismy sie w miejscu, gdzie miejscowy nauczyciel z rodzina wybudowal wlasnym sumptem szlak turystyczny w dol, cos jak na Orlej Perci. Powrot przebiegal czesciowo po drabinach. Edycie szlo (sie) po nich znakomicie. Mnie natomiast na pierwszej oblecial strach – z plecakiem mialem jakies 120kg, a drabinka czesciowo drewniana, pionowa, na 20. metrze jakby cos sie ruszac zaczynala... Szkoda tylko ze nie zeszlismy na sam dol, gdzie Jangce przewala masy wody miedzy pionowymi granitowymi scianami. Na gorze zjedlismy obiad i zaladowalismy sie do busika. Kilka minut pozniej nasza pani kierowca zatrzymuje sie – widzimy scenke: ciezarowka i inny busik z tej firmy, slady hamowania, pol metra zostalo do czolowego zderzenia nad przepascia. Inna kobitka-kierowca zazrcie kloci sie z facetem z ciezarowki. Nasza miala chyba intencje uspokoic sytuacje, ale dopiero teraz sie zaczelo – najpierw machanie lapami, potem wymiana ciosow. Kobitka lapie za ostry kamien, facet tez. Gosc probuje sie oddalic, ona za nim rzuca, nie trafia jednak. On oczywiscie odrzuca, wsiada do ciezarowki. Na to ona za nastepny kamien, ciska w jego auto. On wysiada, zaczynaja sie zapasy, szarpanie za wlosy, tepa wscieklosc z obydwu stron. Nasza kierowczyni rozdzielala ich jak mogla, w koncu i ja delikatnie zainterweniowalem, moze im sie troche wstyd przed bialymi zrobilo, bo w koncu dali sie rozczepic. Inni Chinczycy – pasazerowie drugiego busa, oczywiscie trzymali sie z daleka. Jacek zrobil chyba ze 90 zdjec calemu zajsciu, pozniej przeslalem je naszej babce, sprawa ma chyba final na policji.

W Lijiang jeszcze jedna noc – to sa takie Krupowki razy 20, bardzo ladne zreszta. Nastepnego dnia udalo sie zlapac poranny autobus tutaj – do Shangrila. Siedze tu juz od blisko tygodnia, im musialy wystarczyc dwa dni. Z dworca autobusowego zabral nas Tybetanczyk, ktoremu dobrze patrzylo z oczu. (Gosc ma w kabinie zielona sztuczna trawke, portrecik Dalaj Lamy, mlyneczek modlitewny na baterie i wlochatego jaka – maskotke. O Tybetanczykach napisze wiecej za nastepnym razem, kiedy bede mial za soba podroz na trasie Shangrila-Xiangcheng-Litang-Kangding-Chengdu, czyli kawalek prawdziwego Tybetu, choc oficjalnie wlaczony do Syczuanu.) Nastepnego dnia obwiozl nas po okolicy:

- najpierw basen i sauna przy zrodlach geotermalnych – rzecz jasna, zeszlo nam tam wiecej czasu niz bylismy planowali

- potem mala wiocha z klasztorem na wzgorzu, to samo miejsce, w ktorym bylismy 2 lata wczesniej z Damianem. Niespodzianka – 800-letni drewniany klasztor zostal calkowicie rozwalony, w jego miejscu konczy sie budowac wlasnie nowka-sztuka. W wiosce chcielismy obejrzec, jak wyglada tybetanski dom od srodka, ale jak wytlumaczyl nam nasz kierowca, nie spodobalismy sie „Lao Jeje”, czyli starszemu dziadkowi wioski. Coz - moc kogos nie lubic – to fundamentalne prawo czlowieka, zostalo nam to tylko uszanowac i zmyc sie do domu. Mial jednak Tybetanczyk „Lao Jeje” to szczescie, ze nie bylismy turystami z Izraela – bo jeszcze by zostal antysemita?

Potem znakomite zarelko w koreanskiej knajpie, nocleg w dotkliwym zimnie – i odprowadzilem ich na lotnisko. Kiedyz to znajda sie nastepni chetni na wizyte u mnie....?



PS. Wlasnie odbylem kolejny spacer po miescie, natknalem sie na sklepik z wielkimi wazonami. Polki zas wypelnione plastikowymi flaszkami z... no wlasnie, przeciez ze nie z woda! Kupilem litr lokalnego bimbru z jeczmienia za jedyne 7zl - i to calkiem legalnie. Jesli zastosowac kryterium wolnosciowe Jakuba Wedrowycza...



Linki do zdjec:

Yangshuo i okolice:

https://skydrive.live.com/?cid=fcef49c776c84a25&sc=photos#cid=FCEF49C776C84A25&id=FCEF49C776C84A25%211908&sc=photos

Huangguoshu:

https://skydrive.live.com/?cid=fcef49c776c84a25&sc=photos#cid=FCEF49C776C84A25&id=FCEF49C776C84A25%211988&sc=photos

Yunnan:

https://skydrive.live.com/?cid=fcef49c776c84a25&sc=photos#cid=FCEF49C776C84A25&id=FCEF49C776C84A25%212117&sc=photos

Advertisement



29th November 2011

Gombrowicz orzekł, że kto będąc tchórzem przybiera ton heroiczny, popełnia błąd stylu. Ja rzeknę, że kto wsadza przyjacielowi Chinkę na głowę, później aranżuje kompozycję pt. "Chodź do tatusia" :) a następnie przypisuje sobie powściągliwość - popełnia błąd stylu również :>
From Blog: W kompanii
29th November 2011

esteta
sie znalazl
From Blog: W kompanii

Tot: 0.143s; Tpl: 0.017s; cc: 9; qc: 25; dbt: 0.0179s; 25; m:apollo w:www (50.28.60.10); sld: 3; ; mem: 6.4mb